23 marca 2016

Czasem nic się nie zmienia.


Nie lubię dworców kolejowych. To mi zawsze pachnie rozstaniem. – Marek Hłasko


Tego, ile razy odwiedziłam dworce, nawet nie liczę. Bladym świtem, w południe, wieczorami… To właściwie nieistotne, bo o każdej porze jest tak samo. 
Zawsze ktoś czeka na tę najważniejszą-na-świecie osobę, zawsze ktoś tę osobę żegna, przełykając gorzkie łzy z przyklejonym na twarzy uśmiechem. 

Zawsze ktoś wpada na peron w ostatniej chwili, potrącając lekko kogoś, kto nauczony doświadczeniem stoi tu już od kwadransa i lekko zniecierpliwiony czeka na znów opóźniony pociąg. Ciche obietnice i pocałunki mieszają się z utyskiwaniem starszej pani, że „ech, ta młodzież”, biznesmen dopina ostatni kontrakt przez telefon, a spanikowana matka mocniej zaciska dłoń swojego nastoletniego, ale przecież wciąż – dziecka. 

Osobie, która trafi tutaj przypadkiem, może wydawać się, że trafiła w środek chaosu, ale wystarczy stanąć z boku i poobserwować, żeby zobaczyć jak wygląda dworcowy porządek. Od lat taki sam, powtarzalny cykl pożegnań i powitań. Szczęścia i łez.

Ostatecznie… Dobrze jest mieć kogo żegnać. I dobrze jest mieć kogo witać.

//Wpis gościnny. Ru