27 grudnia 2014

A na spacery lubię tamte miejsca i ją.


Kogo by nie pytać, to przyzna, że najbardziej miłe, czy jakoś wpływające na nas sytuacje są tymi, które powstają i przebiegają w zupełności nie zaplanowane.

To był ostatni mój wieczór tam, a ja chciałem jeszcze raz wszystko zobaczyć po zmroku. Spacer mi się trochę już przeciągał, ale chciałem zobaczyć jeszcze jedno miejsce.

Poszedłem więc na przystanek, usiadłem na ławce i czekałem na nocny autobus. Właśnie jakiś podjechał, ale nie ten, który mnie interesował. Wysiadło z niego kilka osób. Jedna kobieta, możliwe, że w moim wieku, została na przystanku. Wieczorami wyglądam raczej mało sympatycznie, ale jednak usiadła koło mnie. Trochę niepewnie, ale usiadła. Zerkała na mnie, ja na nią. Chowała twarz w wysokim kołnierzu kurtki. Ja starałem się zapanować nad głupkowatym uśmiechem, jaki co chwilę pojawiał mi się niekontrolowanie na twarzy. I tak niezręcznie sobie milczeliśmy.

Podjechał w końcu mój autobus. Okazało się też, że to również jej autobus. Wsiedliśmy. Usiadła na przeciwko mnie. Teraz już nie zerkaliśmy na siebie, a zwyczajnie patrzeliśmy. Wędrowałem spojrzeniem od jej ciemnych, trochę niedbale upiętych włosów, przez jej ciepłe, zielone spojrzenie, zgrabny nos, po czerwone usta. W myślach pytałem ją o chyba wszystko, o co można zapytać. O ulubioną książkę, piosenkę i zapach. O nie lubiany, dzień tygodnia, kolor i smak. Ona też miała pytające spojrzenie. Ale raczej zastanawiała się kiedy wysiądę, niż jaki jest mój ulubiony film. Autobus dojechał na przystanek, na którym miałem wysiąść. Będąc tuż obok niej, bo siedziała przy drzwiach usłyszałem tylko dwa słowa.

Zabrzmiała, jak Tobie często się zdarza... ciepło, serdecznie i czule. Ale nadal pociągająco. Spojrzałem na nią i wysiadłem. Wtedy zdałem sobie sprawę, że milczeć trzeba umieć. I że z drugim człowiekiem, trzeba przede wszystkim mieć o czym milczeć.